70% europejskich części, żeby dostać publiczne pieniądze? UE szykuje nowe zasady dla elektryków
Bruksela chce, by samochody elektryczne kupowane za publiczne pieniądze były naprawdę europejskie – nie tylko z nazwy, ale z krwi i kości. Dla chińskich producentów może to być poważniejsza bariera niż cła.
Made in EU - projekt
Kiedy mówimy o konkurencji między europejską a chińską motoryzacją, w nagłówkach królują cła. Tymczasem w tle toczy się proces legislacyjny, który w dłuższej perspektywie może zmienić rynek w większym stopniu. Chodzi o Industrial Accelerator Act (IAA), czyli unijny akt o przyspieszeniu przemysłowym. Komisja Europejska przedstawiła projekt tego rozporządzenia 4 marca 2026 roku.
Wprowadza on wymogi pochodzenia z UE („EU content”) oraz kryteria niskoemisyjności jako narzędzia polityki przemysłowej, stosowane w części zamówień publicznych i programów wsparcia publicznego. Temat wrócił na czołówki w ostatnich dniach, m.in. za sprawą analizy Reutersa o obawach Wielkiej Brytanii wobec unijnej zasady „Made in EU”.
Co dokładnie proponuje Bruksela?
W przypadku samochodów elektrycznych wymagania są wyjątkowo konkretne. Zgodnie z projektem pojazdy elektryczne (w pełni elektryczne, hybrydy plug-in i auta na wodór) kupowane, leasingowane lub wynajmowane w ramach zamówień publicznych musiałyby być montowane w UE, a łączna wartość komponentów pochodzących z Unii musiałaby wynosić co najmniej 70% wartości wszystkich komponentów, z wyłączeniem baterii.
Warto doprecyzować ten często upraszczany próg: 70% nie dotyczy całego auta, lecz części innych niż akumulator. Bateria ma osobne, równie wymagające zasady. Akumulator trakcyjny musiałby zawierać co najmniej trzy główne komponenty pochodzenia unijnego, a ogniwa baterii musiałyby być produkowane w UE. Do liczonych komponentów należą m.in. silniki elektryczne, elektronika mocy, półprzewodniki, podwozie, a nawet systemy audio.
Nie tylko przetargi
Regulacja nie ogranicza się do zakupów radiowozów czy aut dla urzędów. Te same wymagania miałyby obowiązywać w publicznych programach wsparcia realizowanych przez państwa członkowskie. Szczególnie istotny jest wątek flot firmowych: wsparcie finansowe dla pojazdów służbowych mogłoby być przyznawane wyłącznie autom spełniającym unijne wymogi pochodzenia, w tym montaż w UE, 70% europejskiej zawartości oraz stopniowo wprowadzane wymagania dla baterii i napędów. A to właśnie floty firmowe stanowią dużą część rynku nowych aut w Europie.
Skala jest ogromna. Zamówienia publiczne odpowiadają za około 15% PKB Unii, czyli ponad 2 biliony euro rocznie.
Kiedy? Jeszcze nie teraz
Trzeba to podkreślić wyraźnie: to wciąż projekt, a nie obowiązujące prawo. Propozycja musi zostać wynegocjowana przez Parlament Europejski i Radę, zanim stanie się prawem. Według analiz kancelarii prawnych wymogi dla zamówień publicznych miałyby zacząć obowiązywać od stycznia 2029 roku, choć ostateczne terminy i progi mogą się jeszcze zmienić.
Kto się liczy jako „europejski”?
Tu leży jeden z najciekawszych i najbardziej spornych punktów. Według propozycji Komisji kryteria „Made in EU” obejmą produkty z UE i Europejskiego Obszaru Gospodarczego, a także z państw trzecich, z którymi Unia ma umowę o wolnym handlu lub unię celną, albo które są stronami porozumienia WTO w sprawie zamówień rządowych. Właśnie o kształt tej definicji walczy m.in. Londyn – brytyjscy producenci części są mocno wpięci w europejskie łańcuchy dostaw i obawiają się, że w toku negocjacji furtka dla partnerów może się zwęzić.
Chiny nie należą do żadnej z tych kategorii. Mechanizm dodatkowo przewiduje wykluczanie z przetargów podmiotów z krajów trzecich, które nie są stronami umów międzynarodowych z UE gwarantujących dostęp do zamówień.
Chińscy producenci pod presją – i dlaczego budują fabryki w Europie
Dla BYD, MG (SAIC), XPenga, GAC, Leapmotora czy Chery wniosek jest prosty: auto przypłynięte statkiem z Szanghaju nie ma szans w przetargu ani w dotowanej flocie. Nawet montaż w Europie nie wystarczy, jeśli większość wartości komponentów nadal pochodzi z Chin. To tłumaczy pośpiech, z jakim chińskie marki lokują produkcję na kontynencie – od fabryki BYD na Węgrzech, przez projekty Chery i Leapmotora (z partnerem Stellantis) w Hiszpanii, po kontraktowy montaż u zewnętrznych firm w Austrii.
Jest jednak haczyk. Te same przepisy przewidują kontrolę inwestycji. IAA wprowadza wstępną weryfikację bezpośrednich inwestycji zagranicznych w sektorach takich jak baterie, pojazdy elektryczne, fotowoltaika i surowce krytyczne, gdy inwestycja przekracza 100 mln euro, a kraj pochodzenia inwestora odpowiada za ponad 40% światowych mocy produkcyjnych w danym sektorze. Ten próg w praktyce celuje w Chiny. Innymi słowy: Bruksela chce chińskich fabryk w Europie, ale na swoich warunkach – z lokalnymi dostawcami, transferem technologii i europejskimi miejscami pracy, a nie jako „montownie śrubokrętowe” składające zestawy z importowanych części.
Dlaczego to może być ważniejsze niż cła
Cła podnoszą cenę, ale producent z dużą marżą może je częściowo wchłonąć, a różnicę nadrobić skalą. Wymóg lokalnej zawartości działa inaczej: nie da się go „przepłacić”. Albo auto spełnia kryteria, albo w ogóle nie wchodzi do gry o publiczne pieniądze. Dla segmentów takich jak floty miejskie, pojazdy służbowe czy dotowane zakupy firmowe to bariera zero-jedynkowa.
Równocześnie pojawiają się głosy krytyczne. Bruegel, jeden z najbardziej wpływowych brukselskich think tanków, opublikował 22 września analizę, w której argumentuje, że europejska polityka motoryzacyjna powinna stawiać na przystępną cenowo konkurencyjność zamiast protekcjonizmu, wykorzystując kryteria odporności i tymczasowe zabezpieczenia. Krytycy ostrzegają, że twarde progi lokalnej zawartości mogą podnieść ceny elektryków kupowanych przez samorządy i spowolnić elektryfikację flot publicznych.
Co dalej?
Najbliższe miesiące negocjacji zdecydują o kluczowych szczegółach: wysokości progów, tempie wdrażania, definicji zaufanych partnerów i ewentualnych wyjątkach przy nieproporcjonalnych kosztach. Jedno jest już jednak jasne: kierunek został wyznaczony. Europa przestaje pytać wyłącznie o to, ile kosztuje samochód, a zaczyna pytać, gdzie i przez kogo został zbudowany. Dla chińskich producentów oznacza to, że wyścig o europejskiego klienta przenosi się z portów i salonów do fabryk i łańcuchów dostaw.
FAQ:
- Czy zasada „Made in EU” już obowiązuje?
Nie. To projekt Industrial Accelerator Act, który wciąż negocjują Parlament Europejski i Rada UE. - Czy przepisy dotyczą prywatnych kupujących?
Nie bezpośrednio. Obejmują zamówienia publiczne i programy wsparcia, w tym dopłaty do flot firmowych. - Czy chińskie auto złożone w Europie spełni wymóg?
Tylko wtedy, gdy co najmniej 70% wartości jego części (bez baterii) będzie pochodzić z UE, a ogniwa baterii zostaną wyprodukowane w Unii.